dodulla
Abe @ 2011-04-25 16:02

Abe została dziś w domu. Włączyła telewizor i nie mogła od niego ni odwrócić wzroku przez kilka następnych godzin. Już bolała ją głowa, lecz siła przyciągnia kolorowego ekranu i skaczących w nim obrazów była silniejsza. Ktoś coś do niej mówił, ktoś próbował odciagnąc ja siłą, groził, krzyczał. Lecz ona nic. Nie reaowała, bo była tam. Gdzie? Tego i ona się nie dowie, bo wszystko odbyło się bezmyśląco. Za bardzo nie wie co się tam działo, ale co tam, warto było poświęcić tych kilk godzin, z których jedyną pamiątką jest ból głowy...


Koniec.  


Komentuj [0]


santiago - powrot @ 2010-10-03 22:27

Tak, tak, jestem w Santiago. W Santiago de Compostela. A tu jak zawsze - pada. Jak zawsze, gdy jestem ja. Ponoc - jesli wierzyc tym, co tak mowia - w pozostale dni roku pogoda jest piekna. W te dni, kiedy ja jestem daleko. No coz, mysle, ze i dla mnie i dla Galicji lepiej bedzie jednak, jesli tu nie zostane na zbyt dlugo. Bez przesady bowiem z tym deszczem. Niech poswieci im jeszcze slonce. Ja jutro sie zmywam - wraz z deszczem.
Coz moge zatem powiedziec o Santiago... hmm.. piekne miejsce... Kamienne domy, waskie uliczki z wiecznie splywajacym deszczem po ich kamieniach, sredniowieczne mury porosniete mchem. Jak piekny kamienny cmentarz. Idealne miejsce do odpoczynku, tego ostatniego jednak, wiecznego jak mowia, a do zycia znam wszak lepsze miejsca...
Zastanawiajace jest to, jakie uczucie wywoluje we mnie widok tych uliczek, swiadkow tych mych chwil tak wielu smutkiem i chlodem przeplatanych. Dzis, gdy dni te sa juz przedawnione, przetrawione i schowany miedzy inne, mniej pochmurne. Przez chwil pierwszych kilka, przez ulamki sekund, melancholia wdarla sie znow, by przepasc jednak rownie szybko,jak sie pojawila, zastapiona uczuciem szczescia. Takiego szczescia szczegolnego, ktorego podstawa jest swiadomosc,ze przeciez tu zyc nie musze, ze sa inne miejsca, ...na szczescie.
Komentuj [0]


powrót @ 2010-09-02 20:31

Już się bałam, że zapomniałam hasła... Ale nie, jestem tu więc jednak pamiętam. 


Czy to, że dziś padało cały dzień i całą noc ma znaczyć, że nadszedł nieoczekiwany koniec lata? Przecież września początek dopiero, nie czas jeszcze na chowanie do szafy wszelkiego rodzaju obuwia odkrytego i szat przewiewnych. Nie czas na to jeszcze... Nie tu, przynajmniej nie w Walencji, nie kiedy ja tu jestem. [cóż za egoistyczne spojrzenie nawiasem mówiąc; a po mnie to choćby potop... hmm...] I jakim przerażeniem napawa mnie deszcz... Aż sama się temu dziwię, jakbym z cukru była zrobiona. A ludzie pewnie na ten deszcz z utęsknieniem wyczekiwali. Po tygodniach upałów niemiłosiernych, dusznych, palących, przesadnych nawet jak na Hiszpanię. Wszyscy mieli już tego nadciepła dosyć, wszyscy, tylko nie ja. JA jedna tylko się wyłamuję - i przy tym nie z miłości do upałów, nie, nie, wręcz przeciwnie, gorąco zdecydowanie mi nie służy - tylko z lęku przed deszczem, przed zimnem przeszywającym wszystkie kości i kosteczki, od największej do najmniejszej, co zamraża każdy organ, każde naczynie włosowate, co powoduje, że robi się zimno i w paznokcie, i we włosy. Oto powód dlaczego mówie deszczom nie: lęk. Jeden z wielu, jakie w sobie kryję. Z przerażeniem zatem myślę o tym, jak to będzie pogodowo tutaj przez tygodnie nabliższe, przez me tygodnie tu ostatnie. Słońce czy deszcz? Deszcz czy słońce? Uciekać już czy jeszcze poczekać chwilkę?


 


   


Komentuj [0]


cykady @ 2010-08-08 18:45

Cykady jak cykały tak cykają. Choć czasem przestają. Są wieczory, kiedy milkną wszystkie na raz, bo cykaniu w pojedynkę niechętne. Na przykład wczoraj. I w takie wieczory jedynie uderza cisza niepokojąca… Czy to koniec świata, że nawet nie słychać najmniejszej cykady? Ale dziś już są, tak…, już brzmią z całej mocy swych pudłowatych ciałek. Dziś świat się nie skończy jeszcze. 




Dzień spędziłam tak, jak od dłuższego czasu chciałam. Przyklejona do kanapy, jednej bądź drugiej wymieniając tylko przedmioty, które trzymam w rękach: komputer na książkę, książkę na książkę, książkę na cygaro własnej roboty robione przez mamę Vanessy i mi darowane przez Vanessę, cygaro na widelec, widelec na kubek, kubek na komputer. I tak w kółko. I o to chodziło. O zbieranie sił na przyszły tydzień, w trakcie którego tyle wyzwań mnie czeka, wyzwań codziennych, jak poznawanie ludzi wcześniej nieznajomych, nieprzejmowanie się nierozumieniem połowy tego, co się do mnie mówi, lękami egzystencjalnymi. I innymi.




Wczoraj w kinie na wolnym powietrzu „Manhattan”. Nie da się zaprzeczyć, że ten film zrobił Woody Allen. Nie wiem jednak za bardzo, co mogę więcej powiedzieć o tym filmie. Że jest projekcją przeróżnych neuroz reżysera? Że mówi o życiu, lecz życiu jednej jednostki to jest Allena, choć niektórzy mogą z nim znaleźć wiele wspólnego, jeśli ich życie wypełniają paranoje i lęki? Że jest to też film o mieście, o Nowym Jorku, jeśli wyciszyć wszelkie rozmowy, które się tam odbywają?  Że dobrze, że jest czarno-biały. Podkreśla tym urodę i twarzy i miejsc.


 


Komentuj [0]


bez tytułu @ 2010-08-03 01:41

 


Pisanie, pisanie, pisanie. Pisanie po polsku. Mówienie po hiszpańsku. Niemówienie po hiszpańsku. Języki, brak porozumienie, porozumienie pomimo słów. Tworzenie własnego świata za pomocą kilku słów, które znam. I które rozumiem po swojemu. Ten mi bratem, kto mnie jest w stanie zrozumieć pomimo słów pokracznych, raczkujących, pozbawionych kontekstu powszechnie znanego, zastąpionego kontekstem moim, istniejącym tylko w mojej głowie. Oto jak wygląda dzień mój powszedni tu na obczyźnie. Na obczyźnie przyjaznej tym razem, wysłanej poduszkami, kiedy się potykam. Upadki nie są tu bolesne. Są chwilowe, wśród ludzi przepełnionych empatią, która w swej łagodności nie daje nic po sobie poznać, że  nastąpiło niezdarne potknięcie. Dni układają się jak puzzle, których jeden idealnie dopasowuje się do drugiego i tworzy się w ten sposób układanka przepełniona słońcem, radością i spokojem. W której jest i miejsce dla mnie. Która tworzy się z myślą o mnie, ale bez mojego udziału. Jest to jak sen, bo jak w śnie pozbawiona jestem kontroli nad tym, co się wokół mnie wydarza. I tak jak w śnie jestem tu obecna w każdej sekundzie, w każdym momencie, niekoniecznie będąc sobą, a jednak sobą będąc.







Siedząc na kanapie rozmawiając z Isą. Rozmawiając z sobą poprzez klawiaturę komputera. Rozmawiając z wami poprzez monitor, monitory wszelakie. Choć jesteście daleko, jesteście ze mną w każdej chwili, która się dzieje. Tak to już jest. Jest stworzona przez was, przez rozmowy z wami, przez wszystkie te dni, które razem spędziliśmy. W każdym moim słowie, które wypowiadam i wy jesteście, bo może właśnie dlatego te słowa używam, gdyż od was je usłyszałam. Moja głowa jest was pełna, bo wy jesteście moim światem. Tak to już jest.


Komentuj [1]


moja praca @ 2010-07-31 03:47

Moja praca:





  • kserowanie kartek 


  • odbieranie telefonów


  • niezapisywanie informacji, o tym kto dzwonił i w jakiej sprawie


  • nieodpowiadanie na pytania przez telefon


  • spinanie kartek zszywaczem


  • przygotowywanie toreb dla nowych uczniów (dziś 15 sztuk); w każdej torbie ma być: kartka z informacją o godzinach otwarcia szkoły, test językowy, karta odpowiedzi, kartka z planem zajęć, kartka z jakimiś informacjami, kartka z powitaniem, ulotka o Walencji, mapa Walencji, długopis


  • wypełnianie formularzy


  • wprowadzanie informacji z ankiet do pliku w komputerze (ankieta zbiorcza)


  • odpowiadanie na maile na facebooku


  • sporządzanie propozycji wyjść wieczornych dla uczniów szkoły


  • jedzenie paelli raz w tygodniu z uczniami ze szkoły


  • podczas jedzenia paelli obmyślanie planu, jak się stamtąd wydostać


  • wychodzenie na interesujące mnie wyjście wieczorne raz w tygodniu typu: kino na świeżym powietrzu, koncert flamenco


  • omijanie wszelkich imprez 


  • potajemne jedzenie kanapek małymi kęsami podczas siedzenia na recepcji w godzinach 14:00 - 16:00, tak by w razie gdy ktoś dzwoni nie mieć buzi wypchanej kanapką


  • nalewanie chłodnej wody z dużej butli 10cio o więcej litrowo do małej butelki podręcznej


  • wypełnianie tabel w exelu


  • sporządzanie miniplakatów (format A4, w wordzie) o wyjściach wieczornych, które zamierzam spędzić z uczniami i o wycieczkach weekendowych


  • bezmyślne wpatrywanie się w komputer


  • śpiewanie pod nosem piosenek: Garden Mirah, Yo soy aquel Raphaela, Będziesz moją panią Grechuty, Echo a correr tej co imienia nie pamiętam i innych


  • wychodzenie z pracy punkt 17ta




 


Komentuj [0]


z dwudziestego drugiego lipca @ 2010-07-22 00:21

No właśnie, nuda lepsza niż ohyda. Zgadzam się całkowicie. Choć nie mogę powiedzieć, żeby było mi tu nudno. Nudno się staje dopiero, kiedy próbuję to co się dzieje opisać.



 Dziś poznałam nowego przyjaciela. W sklepiku osiedlowym warzywno-owocowym kupując pięć ziemniaków i cztery banany zapoznałam się ze sprzedawcą. Jeśli mnie pamięć nie myli nazywa się Rafa, albo jakoś tak. Na koniec poczęstował mnie połówką melona, co uważam za bardzo miły gest z jego strony. W ogóle ludzie tu chętnie się ze mną zapoznają, jak zauważyłam. Niemalże każdego dnia ucinam krótką pogawędkę z kimś w autobusie. Zazwyczaj są to ludzie starsi i bardzo przyjaźni. Ostatnio wracając z pracy wdałam się w rozmowę z jednym panem, który bardzo pochwalił mój hiszpański – choć prawie w ogóle się nie odzywałam – i zaoferował mi swą pomoc w dojściu do domu. Grzecznie odmówiłam co prawda, bo przecież znam już drogę do swego domu po tych kilkunastu dniach pobytu w tych stronach. Kilka dni wcześniej natomiast będąc w sklepie z Isą i Jesusem pewna pani bardzo zainteresowała się moim akcentem i bardzo chciała się w związku z tym zaprzyjaźnić (w związku z moim akcentem myślę...). Innym razem natomiast, kiedy po pracy usiadłam sobie na ławeczce zaczepiając ludzi pytaniem o ognia, przysiadł się do mnie pewien starszy pan, który również jak się okazało miał ochotę zapalić, a zapalniczki nie posiadał. Wspólnie więc zaczepialiśmy ludzi w poszukiwaniu płomienia. W międzyczasie ów pan opowiedział mi trochę o swoim życiu, ja mu o swoim i tak sobie spędziliśmy kilka chwil, aż udało się znaleźć i ogień i następnie skończyć po papierosie. O wiele łatwiej tu o pogawędkę niż w Santiago. Ciekawe czy to wszystko zależne jest właśnie od mojego nastawienia i wewnętrznego otwarcia na ludzi i to, co nowe czy wręcz przeciwnie. Czy właśnie łatwość w nawiązywaniu przygodnych kontaktów zależna jest to od miejsca i od mentalności ludzi w danym miejscu żyjących. Hmm… nie wiem, doprawdy nie wiem…





Isa, jak jej wszyscy znajomi zresztą, jest wielką fanką komiksów. Ja w związku z tym również zaczęłam się zaczytywać w tym, co ty znajdę -  a jest w czym wybierać. Czytanie komiksów zdecydowanie mniej męczy niż czytanie tekstu ciągłego bezobrazkowego. W obcym języku rzecz jasna. Hm, w rodzimym również… Ale ja nie o tym. Ja o komiksach. Że czytuję je jeżdżąc autobusem do pracy i z pracy. Właśnie teraz jestem w trakcie zapoznawania się z przygodami „Miniaturowego muszkietera” (przekład własny…). No i dobrze, że są obrazki, bo tak to nic bym już nie rozumiała…









 


Komentuj [0]


z dwudziestego lipca @ 2010-07-20 23:02

 O nie, wcale nie skończyłam z blogiem. Tylko trochę od niego odpoczęłam. Nie wszystko od razu. Do wszystkiego trzeba dojrzeć, do pisania bloga również ;)



 Dziś wieczór spędzamy tradycyjnie, leżąc na sofach z nogami do góry, czytając bądź snując różnorakie opowieści o życiu. Bez wyjść na miasto. Bez ludzi przypadkowych. Choć plan wyjścia był - miałyśmy odwiedzić wesołe miasteczko mieszczące się w suchej rzece, ale jako że miasteczko w niczym zająca nie przypomina, więc spokojnie możemy zostać w domku w ten wieczór dzisiejszy. Dość wietrzny muszę przyznać. 



Czuję, że weny brak. Myślałam, że jeśli siądę do klawiatury to w momencie, gdy tylko rozpocznę pisanie, jakieś myśli godne przelania na papier elektroniczny się pojawią. Nie pojawiły się. Więc wyrzucić z siebie muszę frustrację, która z każdą minutą staje się większa. Frustracje spowodowaną brakiem umiejętności wypowiadania się pisemnie. Chciałabym przecież coś napisać, tyle się rzeczy dzieje wszak mniejszych i większych i za nic nie umiem ich opisać. Jeszcze gdybym miała o nich opowiadać to może ewentualnie by się dało, ale spisać ich nie sposób. Bo w momencie, kiedy celem mym staje się napisanie czegoś, to coś chowa się jak tylko może w czeluściach mej świadomości. Albo udaje się do krainy nieświadomości, kto wie… Nie to jednak jest istotne dokąd się udaje, ale to że jej nie ma. Nie ma żadnej myśli, która chciałaby zostać spisana. Wszystkie się wycofują, chowają, uciekają w popłochu, prawie słyszę ich krzyk: - Nie, nie, nie bierz mnie! Tylko nie ja, proszę!!



No i tak to wygląda z moim opisywanie mych dni powszednich w Walencji. Nuda i nic się nie dzieje. W pracy nuda, w domu nuda, na ulicy niewiele ciekawiej. I co tu opisywać? A jednak przecież życie płynie, sytuacje się pojawiają jedna po drugiej i co bystrzejsza osoba potrafiłaby je zgrabnie przedstawić na forum. Lecz nie ja. Dla mnie to wszystko nuda i nic ciekawego. Ale jak to? Jak to byś może, że życie moje nie wydaje mi się ciekawe? Przecież dzieje się tyle… I wciąż z kimś rozmawiam, i poznaję kogoś nowego, człowieka, miejsca. Jak to tylko opisać? Jak to wszystko wpuścić w formę, która nazywa się pismem, tak by przypominało choć trochę zdarzenia realne? By żyło wciąż, pomimo że przeminęło? No ja nie wiem. Wciąż nie udało mi się odnaleźć tego klucza do świata sytuacji minionych przemieszanych z wyobrażeniami bynajmniej nie realnymi. Bo u mnie tylko frustracja. Tyle u mnie powstaje po próbach pisarczykowania. Frustracja i beznadzieja. I nuda. Nuda, nuda, nuda.  





 


Komentuj [2]


5 @ 2010-07-16 00:04

Dzień kolejny w Walencji powoli już mija. Za okna cykają owady z całych swoich sił, tak że robią więcej hałasu niż przejeżdżające samochody. Dzięki czemu zresztą pozostaję w stałym kontakcie z naturą. 





W pracy niewiele się działo. Przez pierwsze dwie godziny raczej się snułam udając, że coś robię, gdyż nie działał komputer mi przydzielony. Czekałam więc aż jakiś się zwolni. No i doczekałam się po to, by szperać w internecie w poszukiwaniu jakiś ciekawych wydarzeń kulturalnych. I okazuje się, że w czasie lata jest dużo projekcji filmowych, darmowych, na świeżym powietrzu, co zdecydowanie mi odpowiada. Brak jest natomiast teatru. Lato jest czasem, kiedy teatry popadają w sen, w sen nocy letnich. 





Jednym z większych osiągnięć dnia dzisiejszego było skończenie "Kociej kołyski". Lektura zdecydowanie wciągająca, z tym że pesymizm z niej bijący dość mocno zapada w pamięć. Został w niej podważony każdziutki, najmniejszy nawet sens życia ludzkiego. Odarty z wszelkiej nadziei. Nie żeby zbyt mnie to poraziło. Mnie samą bowiem niekiedy, bądź często, ten brak sensu uderza. Bez większego oporu zatem zgodziłam się ze światem tam przedstawionym. Że śmierć prędzej czy później przychodzi będąc lub nie będąc żadnym rozwiązaniem. Ot tak.





Wracając do życia, do życia mojego powszedniego to pracą swoją 5-godzinną, biurową skończywszy kolejnych kilka (...godzin...) poświęciłam spędzając czas z uczestnikami kursu języka hiszpańskiego mojej szkoły (tej w której pracuję) na plaży. Grając trochę w siatkę z nimi, trochę próbując rozmawiać o sprawch nieistotnych i starając się zatrzymać momenty ich dobrej zabawy na zdjęciach. Na zdjęciach zresztą zrobionych bez specjalnego entuzjazmu, więc nieciekawych. I kąpałam się w morzu. Morzu ciepłym jak jezioro wieczorami. Ciekawą jest to odmianą po kąpielach w oceanie, gdzie jedynym uczuciem, jakie się pojawiało po zanurzeniu się, było przeszywające zimno. Tu jest inaczej. Tu jest ciepło. Ciepło czyli doskonale. 





Jedzenie. Kolejny temat warty poruszenia. Jedzenie, a raczej jak my tu jemy. Mieszkając w tym tygodniu nie tylko z Isą, ale też z Rosą, która jest osobą niezwykle aktywną, jemy tu po królewsku. Rosa spędzając w kuchni czas nie wiem kiedy, bo w zasadzie to cały czas ją widzę siedzącą z nami w pokoju, gotuje codziennie masę rzeczy takich jak zupa z owoców morza, krewetki w tempurze, potrawy z owoców morza, co nazw nie znam, przygotowuje sałatki, a na deser własnej roboty lody czekoladowe dnia jednego i fondue z owoców i czekolady innego. Cały czas jednak siedząc w pokoju i rozmawiając czy czytając czy surfując po necie. Cóż za zagadką są dla mnie ludzie aktywni.  


Komentuj [0]


4 @ 2010-07-14 22:21

Już tyle razy użyłam słowo notka, że nie mam ochoty więcej go używać. Z 'notką' koniec. 


 


Jak już pisałam w części, która zaginęła, mam się dobrze tu, na półwyspie. Otoczona ludźmi, którymi warto się otaczać... 


 ...no i wena mnie opuszcza... zaczynam się już niecierpliwić i w głowie pojawia się pustka. Choć tyle jest przecież rzeczy, o których chciałabym napisać. O pracy, o dniach, co mi płyną, tylko że nie wiem jak i od czego zacząć.  Bo od początku to zaczynać nie chcę. Bo nudno. Tak po kolei, krok po kroku? Od końca? Też zbyt poukładane by to było. To może nie zaczynać. Bo gdzie początek miałby być? A jeśli początek to i koniec, ale przecież końca nie ma, czyż nie mam racji?


Wracając na ziemię, a dokładnie na hiszpańską, to teraz już jest późno. Więc piszę bzdury...


Moja praca wydaje się być pracą prostą. Mam wyszukiwać ciekawe wydarzenia, miejsca do zobaczenia, i układać to wszystko w cotygodniowy plan zajęć pozalekcyjnych. Pięć godzin dziennie przed komputerem szperając po internecie co tam też ciekawego się dzieje w Walencji. I dzieje się dzieje. Flamenco w knajpach, filmy Woodego Allena na świeżym powietrzu albo i nieświeżym, w każdym bądź razie za darmo ... cyrk wodny... wspólne jedzenie paelli w knajpie rozmawiajając wciąż o tym samym tj. skąd jestem, a z Polski, a w Polsce to jaka pogoda, ale dobrze mówisz po hiszpańsku!, dziękuję, pierwszy raz tutaj, nie, w Galicji przez 9 miesięcy, a, filologię polską studiuję, naprawdę, tak, naprawdę... i takie tam. No bo 2 razy w tygodniu oprócz siedzenie przed komputerem 5 godzin muszę wychodzić z uczniami tejże szkoy językowej na te spotkania, które im powyszukiwałam. I czasem też w weekend na wycieczkę mam jechać. Jak w niedzielę na przykład - pojadę na wycieczkę rowerową. Ale to akurat całkiem mi się podoba, bo a) nie muszę z nikim rozmawiać, b) mogę pojeździć na rowerze. A jak wiadomo bardziej lub mniej powszechnie rower to jest coś. 


Komentuj [0]


  e-blogi.pl  [Załóż blog!] rssSubskrybuj blogi
[Zamknij reklamy]